środa, 30 października 2013

Znacie ból końca miesiąca - na koncie święcą pustki, w lodówce też sząłu nie ma a coś jeść trzeba. W takie dni tworzę seriale obiadowe i przepraszam się z Panem Ziemniakiem. Nie jestem co prawda jego wielką fanką ale pod koniec miesiąca smakuje mi jakoś bardziej :) Z wczorajszego obiadu zostało nam sporo ziemniaków puree. Przeszły małą metamorfozę i w zapiekance smakowały każdemu. Przydały się też pomidory suszone cierpliwie we wrześniu i domowy przecier pomidorowy. Do tej zapiekanki możecie dać grzyby, inne mięso, kukurydzę czy groszek. Polecam nie tylko na koniec miesiąca.

zapiekanka

ugotowane ziemniaki ok. 1,2 kg

mięso mielone - 60 dkg ( u mnie drobiowe)

1/2 szklanki mleka

2 łyżki roztopionego masła

2 średnie cebule pokrojone w kosteczke

kilka suszonych pomidorów

3-4 łyżki domowego przecieru pomidorowego - jeśli używacie koncentratu to wystarczy łyżka

zielona pietruszka, koperek

sól, pieprz, szczypta lubczyku - korzenia, spora szczypta oregano i rozmarynu

1 łyżka oliwy

 

Możemy użyć ziemniaków wcześniej ugotowanych lub ugotować je specjalnie do tego dania - wtedy do gorących dodajemy masło i mieszamy do jego roztopienia. Jeśli ziemniaki są zimne roztapiamy masło i łączymy je ziemniakami. Później dodajemy mleko, koperek lub pietruszkę, sól i odrobinę pieprzu - i jeszcze raz mieszamy do uzyskania jednolitej konsystencji.

Na patelni rozgrzewamy łyżkę oliwy, dodajemy cebulkę i smażymy do momentu aż będzie szklista i dość miękka. Potem dodajemy mięso i smażymy kolejnych kilka minut. W tym czasie kroimy na kawałki suszone pomidory, kiedy mięso będzie już ładnie podsmażone dodajemy pomidory i przecier pomidorowy. Całość smażymy cały czas mieszając. Dodajemy przyprawy, sól, pieprz do smaku.

Rozgrzewamy piekarnik do 200 st. C. Naczynie żaroodporne smarujemy oliwą i wykładamy do niego 3/4  masy ziemniaczanej. Wyrównujemy rękami by utworzyć cienką warstwę, na którą wykładamy zawartość patelni. Pozostałą część masy ziemniaczanej rozpłaszczamy w rękach i przykrywamy masę mięsną. Wyrównujemy powierzchnię i potem widelcem robimy ozdobne wzorki. Zapiekankę pieczemy ok. 20 minut - ostatnie 5 minut na termoobiegu by się ładnie zezłociła.

zapiekanka

 

zapiekanka

wtorek, 29 października 2013

Dziś nie o gotowaniu, dziś o pewnym kwiatku, który rośnie u mnie w ogrodzie.Mam tam wiele różnych roślin ale moją ulubienicą jest sasanka - wyhodowana od nasionka przeze mnie. Sasanki generalnie zakwitają wczesną wiosną, później wypuszczają pióropusze liści i tak sobie zielone czekają do jesieni. Tak czynią wszystkie standardowe sasanki, dobrze ułożone, posiadające certyfikaty i nagrody z ogrodniczych wystaw. Moja sasanka jest buntownikiem, zakwita kiedy jej się podoba ani jej tam w głowie podszepty Matki Natury, że na wiosnę się kwitnie a potem się zieleni. Gdzie tam - w największe upały lipcowe na mojej zwariowanej roślince pyszniło się kilkanaście purpurowych kwiatków. Młody mówi, że musiałam jej coś w głowie pomieszać tym moim gadaniem do niej - tak mam, że gadam do roślin - ale podobno nie muszę tego jeszcze leczyć :D. Myślałam, że po letnich ekscesach da sobie już spokój a ona niespodziewanie zakwitła w moje urodziny - trzeba przyznać, że ma wyczucie i w dodatku jesienią wygląda jeszcze piękniej niż wiosną. Zresztą oceńcie sami.

sasanka

sasanka

 

a to ostatnie nagietki:

nagietek

nag

a to marciny zwane michałami

 

marciny

i asystentka

kicia

15:16, babaluca1 , ogród
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 28 października 2013

Na urodziny życzyłabym sobie, żeby czas trochę zwolnił, żeby się tak rozciągnął co by go wystarczyło i dla dzieci i dla Młodego i dla mnie i na pracę nawet. Na razie jednak czas pędzi a ja żyję w ciągłych dylematach. Wracam biegiem z pracy, w domu dzieci stwierdzają, że grozi im śmierć głodowa, na całe szczęście są tylko trzy więc hałasu robią tyle co średniej wielkości oddział tatarskiej jazdy. I tu pojawia się mój przyjaciel Pan Dylemat - zrobić dzieciom szybką zupę na kostce rosołowej - przeczekać jakoś te parę minut i mieć chwilę ciszy przerywaną radosnym siorpnięciem tudzież narazić się na zarzut znęcania się nad własnymi pociechami i przygotować długogotujący się kawałek zdrowej kury bez konserwantu, śladu antybiotyku itd. Ot dylematy matki: zdrowo czy szybko ? cicho czy głośno?, opieka społeczna lub alergolog ? (po tych wszystkich kostkowych składnikach). I wiecie co znalazłam złoty środek - domową kostkę bulionową, przygotowaną na prawdziwych warzywach, mięsie zdrowej kury no i błyskawiczną. Trochę miałam obawy co do przechowywania ale używam jej od miesiąca i dalej świetnie pachnie, smakuje prawdziwym rosołem. Polecam serdecznie.

Przepis z jednego z moich ulubionych blogów:http://www.chillibite.pl/2013/09/domowa-kostka-rosoowa-warzywna-lub.html z moimi małymi zmianami

 pasta

3 liście laurowe
5 ziaren ziela angielskiego
10 ziaren kolendry
10 ziaren czarnego pieprzu
100g cebuli
pół łyżeczki suszonego korzenia lubczyku
30g liści świeżego lubczyku
pęczek natki pietruszki

350g mięsa kury - takiej prawdziwej, wiejskiej
200 g mięsa kaczki

200g mięsa z podudzi kurczaka
200g marchwi
100g selera
100g korzenia pietruszki
10g czosnku
250g soli morskiej
150g wody

Wszystkie przyprawy musimy wrzucić do młynka lub moździerza i dokładnie zmielić. Cebulę obieramy, kroimy na plastry i opiekamy nad ogniem.

Lubczyk i pietruszkę drobniutko siekamy - jeśli nie macie świeżego lubczyku można wykorzystać suszony - nie warto pozbywać się go ze składników bo nadaje całości niesamowity aromat.

Mięsa myjemy, kroimy i mielimy w maszynce dwukrotnie, warzywa obieramy i ścieramy na drobnych oczkach - ja w malakserze.

Wszystkie części naszej kostki wkładamy do garnka o grubym dnie - dolewamy wodę, wsypujemy sól. Gotujemy chwilę pod przykryciem a potem na maleńkim ogniu mieszamy często by odparowało jak najwięcej wody i nic nie przywarło do dna - trwało to u mnie ok. 1 godziny. Pasta powinna wyjść gęsta - można jeszcze ją dodatkowo zmiksować by była zwarta i bez grudek. Przechowujemy ją w lodówce. Do zrobienia szybkiej ogórkowej wystarczą 2 łyżeczki tego cuda.

pasta


niedziela, 27 października 2013

Dziś mam urodziny.... Cały czas wydaje mi się, że mam jakoś tak między 25 a 30 lat. Na tyle się przynajmniej czuję :)

Nie robię sobie tortów na urodziny bo jakoś tak mi dziwnie trochę robić tort dla siebie. Za to robię torty dla całej mojej bliższej i dalszej rodziny. Dziś po południu poszliśmy na jedno ze wzgórz niedaleko naszego domu - puszczaliśmy latawca i wypróbowaliśmy mój nowy aparat, ale przede wszystkim cieszyliśmy się z cudownie ciepłego czasu, który mogliśmy spędzić razem.

latawiec pięknie szybował po niebie .....

popołudnie

Pyziątko sprawdzające jadalność dzikiej róży

popołudnie

Pyza była pierwsza do puszczania latawca

popołud

Średnie dziecię - bo tak kazało się nazywać na blogu, średnio zainteresowane było latawcem - szukało za to kwiatuszków, mróweczek i innych słodkich stworzonek - cóż ciągnie swój do swego

popo

przerwa techniczna bo temu latawcu się ogonek urwał

popol

 

jubilatka tudzież solenizantka - nigdy nie mogę zapamiętać co jest co

popoł

 

21:20, babaluca1 , o mnie
Link Komentarze (5) »
piątek, 25 października 2013

Mój aparat został przeze mnie zamęczony - niestety. Służył mi kilka lat dzielnie no ale nic nie działa wiecznie. Młody postanowił sprezentować mi nowszy sprzęt z okazji urodzin. Kupił go, schował a mi kazał się uzbroić w cierpliwość. Jest taki wierszyk Danuty Wawiłow, który pozwolę sobie zacytować: Wawiłow Danuta - Zapach czekolady

Przyszedł do nas wujek Władek,
przyniósł wielką czekoladę,
z orzechami, z rodzynkami,
w pięknym pudle z obrazkami.
Jeśli będę grzecznie siedzieć,
dadzą mi ją po obiedzie...
Choć zamknięta jest szuflada,
wszędzie pachnie czekolada.
Układanki chcę układać -
wszędzie pachnie czekolada.
Gdy na nowy rower wsiadam -
wszędzie pachnie czekolada.
Kiedy z lalką sobie gadam -
wszędzie pachnie czekolada.
Czy ktoś może mi powiedzieć,
kiedy będzie po obiedzie?
Bo nie mogę żyć w spokoju,
gdy ten zapach jest w pokoju!


U mnie w domu wszędzie unosił się zapach nowego aparatu, męczyłam Młodego, że może i do urodzin daleko ale będę się cieszyć nie jeden dzień, nie dwa ale tygodnie całe przed urodzinami, i w urodziny i po urodzinach. Uległ - miał dość moich błagalnych spojrzeń, wymownego rzężenia obiektywu starego aparatu. No to się cieszę bardzo, tylko jeszcze mojego sprzętu nie ogarniam bo dopiero zaczęłam czytać instrukcję. W związku z tym na blogu pojawi się kilka zdjęć średnioostrych, z ostrością w różnych dziwnych miejscach, a co tam, w końcu na naukę nigdy nie jest za późno :)

Dziś u nas tarta, o tyle idealna, że każdy może wrzucić do niej to co lubi. U nas obowiązkowo z brokułami - przysmakiem średniego dziecięcia. Polecam serdecznie.

Przepis z świetnego blogu alba.blox.pl z moimi zmianami.

tarta

 

Ciasto kruche:

- 250 g mąki

- 125 g masła

- 1/4 szklanki zimnej wody

- 1 łyżka oliwy z oliwek

- szczypta soli

Ja wszystkie składniki wrzucam do malaksera i chwilkę razem wyrabiam -wychodzi zwarta kula ciasta. Owijamy ją w folię spożywczą i wkładamy do lodówki minimum na godzinę. Ciasto możemy przygotować również wieczorem, a potem np. po powrocie z pracy mieć już prawie gotowy obiad :).

Wypełnienie tarty zależy od naszych upodobań smakowych, ja użyłam:

- 1 podwójnej piersi z kurczaka,

- 1 brokuła,

- 1 marchewkę

- 1 paprykę

- kawałek cukinii

- pół małej puszki kukurydzy

- 1 łyżkę przyprawy kebab-gyros

- kilka prawdziwków pokrojonych na plasterki i przesmażonych na łyżce masła

Warzywa kroimy na spore kawałki -brokuły dzielimy na różyczki i umieszczamy w garnku do gotowania na parze. Gotujemy by otrzymać warzywa al dente. Kiedy warzywa się gotują przygotujemy kurczaka: kroimy go na kawałki, obsypujemy obficie przyprawą i smażymy na oliwie.

Sos:

1/2 szklanki śmietany

1/4 szklanki mleka

3 jajka

100 g żółtego sera

zioła dalmatyńskie, sól i pieprz

Śmietanę, mleko i jajka mieszamy do uzyskania jednolitej masy, dodajemy przyprawy a potem starty ser.

Nagrzewamy piekarnik na 200 st. C. W tym czasie wyjmujemy ciasto z lodówki, rozwałkowujemy  je dość cienko i przekładamy do formy do tart. Na cieście układamy kawałki kurczaka, warzywa. Zalewamy sosem, ja na wierzchu ułożyłam plasterki prawdziwków. Pieczemy całość ok. 35-40 minut. 

tarta

Pyszne zarówno na zimno jak i na gorąco.

tarta

poniedziałek, 21 października 2013

Dowiedziałam się w piątek, że niestety moja borelioza nie umarła śmiercią naturalną, nadal sobie we mnie siedzi i chyba dobrze się ma. Przeryczałam cztery godziny po przeczytaniu kilkudziesięciu artykułów w necie. Jak już się dobrze wypłakałam to stwierdziłam, że ten stres najlepiej odreaguję w kuchni. Te ciastka nie dosyć, że są mega zdrowe to w dodatku ich przygotowanie zajmuję zaledwie kilka minut. PRzepis bardzo łatwo zapamiętać połowę tego ile bierzemy płatków dajemy cukru i połowa wagi cukru to ilość masła i do tego jajka i odrobinka proszku do pieczenia

ciastka owsiane

0,5 kg płatków owsianych

0,25 kg cukru

125 g masła

2-3 jajka

pół łyżeczki proszku do pieczenia

żurawina, orzechy, czekolada, rodzynki, słonecznik, pestki z dyni

Wszystkie składniki mieszamy razem do uzyskania jednolitej masy, z której toczymy kulki wielkości orzecha włoskiego. Układamy je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i lekko spłaszczamy. Pieczemy do zrumienienia w 180 st. ok. 15 minut. Przechowywane w pudełku bardzo długo są pyszne i chrupiące.

ciastka owsiane

niedziela, 20 października 2013

To ciasto piekę, kiedy mam ochotę na coś dobrego, kremowego ale nie mam zupełnie czasu. Tak było też i wczoraj. Rano sprzątanie domu, pranie i inne królewskie obowiązki, a popołudniu spotkanie kręgowe z moimi cudownymi przyjaciółmi z Domowego Kościoła. To ciasto idealnie wpisuje się w taki dzień. Przed włączeniem prania roztapiam margarynę, później wrzucam wszystkie składniki do miski zelmerowskiej i biorę się do podlewania kwiatków. Dzięki temu, że masa "kremowa" nie wymaga żadnego studzenia, miksowania ciasto można bardzo szybko "złożyć" i robić inne mniej lub bardziej przyjemne rzeczy.

przepis wykorzystuję od kilku dobrych lat, jego autorką jest Malena

 

ciasto niby bounty

masa kokosowa:

0,5 l mleka

6 łyżek kaszy manny

1 kostka masła 200 g

3/4 szklanki cukru

200 g wiórek kokosowych

 

Ciasto:

1 margaryna - używam Kasi

4 jajka

150 g cukru

200 g mąki

1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

4 duże łyżki mleka

3 łyżki kakao

 

ulubiona polewa czekoladowa, u mnie płatki kokosowe do dekoracji

 

Rozpoczynamy od roztopienia margaryny, całe jajka ubijamy kilka minut z cukrem, dodajemy mleko, wychłodzoną margarynę i resztę składników. Mieszamy na najwolniejszym biegu miksera lub rózgą kuchenną do uzyskania jednolitego ciasta. Przekładamy je do formy - u mnie tortownica 26 cm. Pieczemy w 180 st. C ok. 30-35 minut. Wystudzamy ciasto i kroimy je na pół.

Kiedy mamy już przekrojone ciasto zabieramy się do masy. Do rondelka wlewamy mleko, dodajemy całe masło i kaszę mannę. Mieszamy co jakiś czas bo kaszka lubi przywierać do dna i robić inne "głupie" figle więc na nią uważajmy :). Kiedy całość się zagotowuję dodajemy cukier i wiórka kokosowe. Jeszcze 2-3 minuty mieszamy wszystko, tak żeby cukier się ładnie rozpuścił. Dobrze umieścić jedną połówkę ciasta w tortownicy lub w formie, żeby masa się nie wylewała po bokach. Na jedną część ciasta wylewamy masę i przykrywamy drugą częścią ciasta. Można je dodatkowo czymś obciążyć, żeby ciasto ładnie związało. Ale nie jest to konieczne.

Kiedy masa wystygnie ciasto polewamy polewą czekoladową lub oprószamy cukrem pudrem. Ja posypałam ciasto dodatkowo płatkami kokosa.

 ciasto niby bounty

środa, 16 października 2013

To ciasto piekę od kilku lat, zaintrygował mnie dodatek bułki do kremu. Dla tego ciasta przygotowuje co roku marmoladę z czarnej porzeczki. Ciasto jest bardzo smaczne i efektownie wygląda. W dodatku jego przygotowanie nie zabiera zbyt wiele czasu.  Idealne na niedzielny deser przy kawie. Polecam serdecznie.

przepis pochodzi z Wielkiego Żarcia http://www.wielkiezarcie.com/recipe19652.html

 ciasto kokosowe

Do tego ciasta zawsze używam biszkoptu pieczonego według tego przepisu:http://zkotlababylucy.blox.pl/2012/11/pyszne-ciasto-dyzurne.html

2 duże bułki kajzerki-ok.100g
1/2 l  mleka
100g wiórków kokosowych
kostka masła 250g
1 szklanka cukru pudru

kokosowa posypka

100g wiórków kokosowych
80-100g masła
1 łyżeczka cukru

 

1 średni słoik kwaśnego dżemu - ja używam porzeczkowej marmolady.

Najpierw zaczynam od namoczenia bułek w 1 szklance mleka. Kiedy bułki się moczą - ok. 10 minut przygotowuję ciasto - idealnie sprawdza się tu mikser z miską miksującą. Masę do ciasta ubijam ok. 15 minut. W tym czasie nastawiam piekarnik, wykładam blaszkę papierem do pieczenia, na który przesiewam mąki i proszek. Na maleńkim ogniu ustawiam również rondelek z 1 szklanką mleka, wiórkami i bułkami, całość gotuję ok. 10 minut - trzeba co jakiś czas całość przemieszać. Między mieszaniem masy kokosowo-bułkowej kończę robić ciasto i wkładam je do piekarnika na 35 minut. Wszystkie składniki masy muszą się ładnie połączyć, pod koniec gotowania mieszać trzeba już cały czas bo masa gęstnieje i chętnie się przypala. Gotową masę odstawiam do wychłodzenia - ok. 2 godzin. Jeśli masa jest już dobrze schłodzona to ubijamy miękkie masło z cukrem pudrem na puszystą masę i do niej dodajemy po jednej łyżce masę kokosowo-bułczaną. Miksujemy do chwili, kiedy zawartość miski stanie się jednolitą masą - ok. 2 minut.

Upieczony i wystudzony biszkopt kroimy na pół. Dżem lub marmoladę warto troszkę podgrzać bo wtedy zdecydowanie łatwiej i równomierniej się smaruje po cieście. Pierwszą przekrojoną połówkę biszkopta smarujemy dżemem, na niego wykładamy 2/3 masy kokosowej, kolejny biszkopt smarujemy dżemem - stroną po przekrojeniu i tą stronę przykładamy do masy, delikatnie dociskamy by ciasto się połączyło. Wierzch ciasta (jeśli utworzyła się tam taka "skorupka" to ją usuwamy ) smarujemy znów dżemem i wykładamy pozostałą masę.

Pozostaje nam tylko przygotowanie posypki: na patelni rozpuszczamy masło, wsypujemy cukier i wiórki. Przesmażamy całość do uzyskania złotego koloru - ja kiedy owo złoto sie pojawi szybko przekładam posypkę na płaski talerz - pozostawiona na patelni - nawet zdjętej z ognia "lubi" się zrumienić za bardzo. Wystudzoną chwilę posypkę wykładamy równomiernie na ciasto.

 ciasto kokosowe



Tagi: kokos
15:34, babaluca1 , ciasta
Link Komentarze (5) »
sobota, 12 października 2013

kilka lat temu byliśmy na wakacjach w Bułgarii i Rumunii, pojechaliśmy tam pod koniec września i mieliśmy do dyspozycji zupełnie puste plaże, kempingi i hotele. Za to stragany na targach uginały się od papryki, bakłażanów i pomidorów. Ja byłam wtedy w drugim miesiącu ciąży i mój nos działał na 200% mocy. Z tamtego wyjazdu pamiętam właśnie ten ocean zapachów z bułgarskich ryneczków, zapach czubrycy, bakłażanów i ljutenicy. W Polsce niestety przez wiele lat nie udało mi się znaleźć przepisu, który przypominałby tamte wakacje. Do czasu, aż odkryłam ten blog: http://www.chillibite.pl/2013/08/ljutenica-albo-lutenica.html to była miłość od pierwszego czytania. Przepisy, które idealnie wpisują się w moje kubki smakowe.

Jeszcze w sklepach są bakłażany i papryka więc spróbujcie koniecznie tego cudnego smaku: połączenia słodyczy pomidorów i pieczonej papryki z intensywnością chili i bakłażana. Polecam serdecznie. Idealnie nadaje się na prezent dla bliskich. Ten koszyk przygotowałam na urodziny moich przyjaciół - tegoroczne przetwory z ljutenicą na czele :)

przetwory

1 litr przecieru pomidorowego ( lub 3 kg pomidorów)
300g marchewki
2 kg bakłażanów
6 ząbków czosnku
3 kg czerwonej papryki
2-4 czerwone ostre papryczki - użyłam dwóch ze względu na konsumujące ten specjał Pyzy
30g cukru trzcinowego demerara
2-3 łyżeczki soli (do smaku)
4 łyżeczki czubrycy czerwonej
50g octu winnego z czerwonego wina
100g oleju słonecznikowego
Użyłam domowego przecieru pomidorowego, który był przygotowany na zimę do zupy a skończył jako składnik ljutenicy. Jeśli używamy pomidorów to musimy je sparzyć, pozbawić skórek, pokroić i dusić na ogniu w garnku o grubym dnie. Powinny zgęstnieć i zmniejszyć objętość do połowy.
Ponieważ miałam pomidory już gotowe zaczęłam przygotowanie ljutenicy od upieczenia bakłażanów w całości w piekarniku nagrzanym do 180 St. C przez ok. 50 minut. Kiedy odrobinę przestygnie kroimy je na pół i łyżeczką wybieramy wnętrze - moje bakłażany były bardzo miękkie dlatego ich już nie blenderowałam - jeśli wasze okażą się twardawe to potraktujcie je blenderem.
Paprykę słodką myjemy, kroimy na pół wyjmujemy gniazda nasienne i na blasze wyłożonej papierem do pieczenia pieczemy w 200 st. C ok 30 minut. paprykę ostrą pieczemy razem ze słodką pamiętając że przy jej myciu i krojeniu warto założyć rękawiczki. Potem gorące strąki przekłądamy do miski, przykrywamy folią spożywczą i odstawiamy do wystudzenia.
Kiedy papryka się piecze obieramy marchewkę, ścieramy na grubych oczkach i dodajemy do pomidorów, kiedy marchewka nieco zmięknie dodajemy do garnka bakłażany, potem czosnek starty na tarce. Całość dusimy na małym ogniu. Wystudzone papryki obieramy ze skórki - schodzi raczej bez problemów - albo kroimy na kawałki albo miksujemy przez chwilę w malakserze - ale nie na jednolitą masę - powinny nam zostać małe kawałki. Tak przygotowaną paprykę przekładamy do garnka z pozostałymi warzywami. Mieszamy całość i dodajemy pozostałe składniki: cukier, czubrycę ocet i olej. Teraz pozostaje całość tylko dusić i dusić na małym ogniu by smaki się ładnie połączyły a całość nabrała konsystencji sosu. U mnie trwało to ok 80 minut. Warto co jakiś czas przemieszać zawartość garnka by nic się nie przypaliło bo szkoda by było takiego dobrodziejstwa na zmarnowanie dać. Kiedy czujemy, że nasza ljutenica jest taka jak być powinna to wkładamy czyste, umyste słoiczki do piekarnika i w 100 st. C wyprażamy je ok. 10 minut. W tym czasie pod garnkiem zmniejszamy ogień do minimum. Kiedy słoiczki będą już sterylne to do gorących przekładamy gorącą ljutenicę i od razu zakręcamy. Ljutenicę możemy używać zamiast keczupu, zamiast sosu do pizzy, do placków ziemniaczanych, a nawet jeśli zajdzie potrzeba jako sos do makaronu. Zawsze smakuje obłędnie.
przetwory
Mój aparat niestety dogorywa ,ale Młody kupił mi już nowy sprzęt, który właśnie do mnie jedzie :)
środa, 09 października 2013

Pizza - królowa barów, restauracyjek i szybkiego jedzenia. Dla mnie smak Włoch - malutkich pizzerii, z prawdziwym piecem, ogorzałym Włochem robiącym słodkie oczy. Moje Pyzy do dziś wspominają nasz wyjazd do Italii i poznane tam smaki - jakby ciut mocniejsze, intensywniejsze od naszych. Do Włoch na razie się nie wybieramy - chyba, że sam Młody, który dwa tygodnie temu wrócił z eskapady po południowej Europie i Alpy śnią mu się do dziś. My z Pyzami Włochy wyczarowujemy w kuchni. Nie mamy wprawdzie pieca na drewno ani mąki 00 ale co tam ważne, że smak "prawie" ten sam - a niekiedy nawet lepszy :)

Ten przepis bardzo nam przypadł do gustu. Ciasto wychodzi bardzo chrupiące a w środku jest przyjemnie miękkie. Przepis ze strony http://gotuj.skutecznie.tv/2010/07/pizza-jak-z-pizzerii/. Mimo, że w przepisie jest dość sporo drożdży to nie wyczuwa się ich w smaku.

przepis jest na dwie średnie pizze.

pizza

3 szklanki mąki - zgodnie z sugestiami autorki wzięłam 1 szklankę mąki poznańskiej typ 500 i 2 szklanki mąki tortowej typ 450

pół łyżki cukru

1 łyżeczka soli

pół szklanki otrębów pszennych

odrobina słodkiej papryki, oregano

Zaczyn:

1 szklanka ciepłej wody

5 dkg świeżych drożdży

2 łyżki oleju kujawskiego

1 łyżka oliwy z oliwek

szczypta cukru i szczypta mąki

 

Sos pomidorowy:

u mnie domowa ljutenica z dodatkiem łyżki koncentratu

2 ząbków czosnku

pół łyżeczki oliwy z oliwek

sporo oregano, szczypta czerwonej czubrycy

 

Rozpoczynamy od przygotowania zaczynu - do miseczki wlewamy wodę, wkruszamy drożdże, wlewamy oleje i wsypujemy szczypty cukru i mąki. Odstawiamy na chwilkę podczas, której przygotowujemy suche składniki, które mieszamy w misce. Ciasto zagniata się bardzo ładnie. Kiedy uformujemy ładną, gładką kulę wstawiamy je do miski, którą przykrywamy - ja zawsze dodatkowo władam miskę z ciastem do drugiej, w której jest ciepła woda, albo nalewam ciepłej wody do zlewu - ale wtedy szybciej stygnie.

Pizza powinna się piec w bardzo wysokiej temperaturze dlatego teraz jest czas by nastawić piekarnik na 230-250 st. w zależności od jego mocy - u mnie 230 st. C.

Ja do swojej pizzy użyłam piersi z indyka pokrojonej na cienkie kawałki, oprószone przyprawą gyros i usmażone na łyżce oleju. Pomidory kroimy na plasterki - ja każdy osuszam dodatkowo ręcznikiem papierowym - by nie zmoczył, za bardzo ciasta. Paprykę kroimy na cienkie paseczki a ser ścieramy na grubych oczkach.

Sos przygotowujemy bądź z koncentratu pomidorowego lub jak ktoś jest szczęśliwym posiadaczem ljutenicy to z niej + łyżka koncentratu + przeciśnięty przez praskę czosnek i pozostałe składniki -jeśli wyszłaby nam bardzo gęsta masa to dodajemy kilka kropli wody - ale ja tego nie zrobiłam.

Ponieważ udało mi się kupić formę do pizzy z dziurkami w dnie - do lepszego odprowadzenia pary podrośnięte w czasie przygotowania nadzienia i sosu ciasto dzielimy na dwie części. Najlepiej jest je formować na papierze do pieczenia posmarowanym odrobiną oliwy. Jeśli nie mamy formy wystarczy rozłożyć cisto na papierze a potem już kompletną pizzę razem z papierem wsunąć na standardową blachę z piekarnika tylko odwróconą na drugą stronę - blacha musi się nagrzewać razem z piekarnikiem. Ciasto dłońmi rozciągamy we wszystkich kierunkach, potem odrobinką oliwy smarujemy wierzch pizzy, potem dajemy sos i ser a na nie ulubione składniki. Pieczemy w mocno nagrzanym piekarniku ok. 8-10 minut - najlepiej jeśli mamy termoobieg - pizza wychodzi wtedy bardziej chrupiąca. Po upieczeniu koniecznie przekładamy na kratkę do odparowania - na ok. 2 minuty. No i można już zajadać.

pizza

 
1 , 2
O autorze
Tagi
Durszlak.pl Liczniki na stonę Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów stat4u