czwartek, 23 października 2014

Legendarna soczewica, która być może odmieniła losy świata. Gdyby to Ezaw, małomówny myśliwy dostał błogosławieństwo od ojca, należne mu z prawa pierworództwa mogłoby być różnie. Na szczęście Ezaw zgłodniał tak bardzo, że sprzedał swój przywilej bratu i to za co - za miskę soczewicy. Widocznie Jakub musiał być dobrym kucharzem skoro za talerz jego zupy można było oddać prawie wszystko. Raczył się pewnie chłopisko miską soczewicy, kiedy przez 14 lat przyszło mu żyć z kobietą, której nie kochał, zajadał soczewicę gdy myślał o tej, którą spotkał przy studni, gdy zakochał się od pierwszego wrażenia, kiedy dzieci mu się rodziły, jadł kiedy krowy nie chciały dawać mleka, a owce dawały za to  nogę z pastwiska. Nie było mu pewnie łatwo, ale jakoś przeżył te 147 lat, dzieci wyrosły mu w 12 pokoleń izraelskich, zdobył w końcu ukochaną Rachelę i myślę, że nie bez powodu raczył się soczewicą, która zawiera lekkostrawne białko, wapń, żelazo, beta-karoten oraz witaminy B i PP. Korzystnie wpływa na śledzionę, trzustkę i żołądek, wzmacnia aktywność nerek i nadnerczy. Pozytywnie działa również na serce i krążenie, obniża poziom cholesterolu, zapobiega nagłym wzrostom cukru we krwi. Nawet jeśli nie macie takich problemów jak Jakub to i tak warto skorzystać z dobrodziejstw niepozornych pomarańczowych ziarenek. Dziś sycąca, rozgrzewająca zupa - idealna na jesienny, pochmurny dzień. Polecam serdecznie

DSC04808

1 szklanka czerwonej soczewicy

2 marchewki

2 ziemniaki

1 cebula

3 ząbki czosnku

szklanka przecieru pomidorowego

pół łyżeczki curry

pół łyżeczki czerwonej czubrycy

pół łyżeczki czerwonej słodkiej papryki

liść laurowy, 1 ziele angielskie, sól, pieprz

bulion lub kawałeczek mięsa

pół pęczka zielonej pietruszki

kilka plasterków wędzonego boczku

Ważne - solimy dopiero na końcu, żeby soczewica nie stwardniała

Jeśli nie mamy akurat rosołu to do garnka wkładamy kawałek mięsa - u mnie kawałek polędwicy wieprzowej zalewamy zimną wodą, zagotowujemy i odlewamy wodę. Zalewamy raz jeszcze wodą i gotujemy z listkiem i zielem angielskim. Cebulę i czosnek kroimy na drobną kosteczkę, podsmażamy na patelni na 1 łyżce oliwy do zeszklenia, zawartość patelni dodajemy do garnka z mięsem lub bulionem. Warzywa obieramy, kroimy w grubszą kostkę,dodajemy do garnka, potem wrzucamy soczewicę,całość gotujemy na małym ogniu ok. 25 minut. Kiedy i soczewica i ziemniaki są miękkie dodajemy przecier, curry, czubrycę i zagotowujemy. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem. Można zupę podać już w takiej formie - wystarczy jeszcze posypać pokrojoną pietruszką. Ja swoją zupę zblenderowałam, potem plasterki boczku pokroiłam na wąskie paseczki,które przysmażyłam na rumiano na patelni. Tak podana smakuje nam najbardziej, oczywiście z dużą ilością pietruszki

 

środa, 22 października 2014

Pamiętam że kiedyś Polskę odwiedził George W. Bush, przygotowano mu wtedy wystawny posiłek i kucharz relacjonował dania, jakie będą podane prezydentowi, a gdy doszło do pytania czego nie lubi głowa Ameryki kucharz powiedział, że brokułów i nie ma się co temu dziwić. No cóż trudno dyskutować o wyższości kalafiora nad brokułem, tudzież cukinią czy kapustą. Czasem zupełnie z niewiadomych przyczyn coś nie smakuje, ktoś wydaje się być beznadziejny, czasem trudno się przemóc by spróbować, by zagadać, by dać komuś szansę. Czasem trzeba zjeść przynajmniej 4 talerze z zupą, żeby zaczęło smakować albo żeby obrzydło na zawsze. Czasem trzeba wielu dni, żeby "zjeść" te wszystkie osłonki, naskórki i maski które ludzie zakładają, żeby okazało się, że obok nas jest przyjaciel. I aż żal tych wszystkich chwil, w których patrzyliśmy przez pryzmat własnych, a częściej cudzych, zaszczepionych uprzedzeń. No cóż, i do przyjaźni i do dobrej zupy potrzeba jest odrobinę cierpliwości. A najlepiej to zaprosić przyjaciela na zieloną brokułową i mieć dwie przyjemności jednocześnie.
Zupę polecam bardzo, a przyjaźni zachwalać przecież Wam nie muszę.

DSC04771

1 spory brokuł

1 marchewka

1 pietruszka

kawałek selera

100 g serka śmietankowego topionego

kawałek piersi z kurczaka

lubczyk, sól, pieprz, zioła prowansalskie, bazylia, listek laurowy

2 łyżki kaszy manny

Brokuły dzielimy na kawałki i gotujemy w lekko ocukrzonej wodzie - płaska łyżeczka na duży garnek. Warzywa obieramy, myjemy i kroimy na kawałki.

Do drugiego garnka wkładamy pierś z kurczaka, zalewamy zimną wodą, zagotowujemy a potem odlewamy i znów zalewamy wodą, dodajemy, warzywa, listek laurowy i gotujemy do miękkości i warzyw, i mięsa. Z wywaru wyjmujemy mięso, które kroimy w kosteczkę, miękki brokuł wkładamy do wywaru, dodajemy serki topione i blenderujemy. Jeśli lubicie można oszczędzić z miksowania kilka łodyżek brokuła, które potem znów trafią do zupy. Zmiksowaną zupę stawiamy jeszcze na chwilę na ogniu, posypujemy kaszką manną, zagotowujemy i 2 minuty gotujemy, mieszając co chwilę. Do gotowej zupy dodajemy pierś z kurczaka, doprawiamy jeszcze do smaku i podajemy. Pyszna sama lub z kawałkiem chleba lub grzankami.

niedziela, 19 października 2014

Moje średnie dziecię w ubiegłym tygodniu składało ślubowanie i zostało pasowane na ucznia. Było wiele pozytywnych emocji, łez matczynych i ojcowskich ukradkiem ocieranych, wypiętych piersi dumnych rodziców i zupełnie zrelaksowanych dzieciaków, które  bez stresu śpiewały, tańczyły i wyprawiały różne cuda. Był też poczęstunek przygotowany przez rodziców, gdzie stoły uginały się pod dobrodziejstwem wytworzonym przez zapobiegliwe mamy. Jednym z ciast, które zwróciło moją uwagę był biało-czarny przekładaniec z kremem i galaretką. Autorka ciasta, którą pośród tłumu udało mi się z trudem namierzyć głupawym pytaniem " hej czy to może Ty piekłaś to ciasto, nie, a nie wiesz może kto piekł?"  powiedziała mi tylko, że ciasto nazywa się oczy carycy i przepis sobie mogę znaleźć  w necie. Niech żyje solidarność jajników !!! o solidarności matek pierwszoklasistów nie wspomnę. Pewnie wyglądałam na taką co na hasło masz internet mówi, że nie, bo do szkoły dojeżdżałam autobusem, (myśląc że to o internat chodzi). Niech pozory mylą, niewielki wpływ mam na to, co ludzie o mnie myślą, a przepis znalazłam 5 sekund po włączeniu przeglądarki :) . Co ja mówię przepis, przepisy, całe mnóstwo przepisów, ciężko było wybrać ten idealny. Wybrałam najprostszy do zrobienia, ciasto wyszło naprawdę pyszne, w dodatku każdy kawałek jest marmurkowo niepowtarzalny. Bardzo nam smakował, zdecydowanie bardziej od tego w szkole, po którym odbijała mi się kwaśna mina jej autorki. Mam nadzieję, że mój będzie zdecydowanie bardziej lekkostrawny, polecam serdecznie.

DSC04785

 

przepis z tej strony: http://www.wielkiezarcie.com/recipe104194.html

Przepis pomimo skomplikowanego opisu jest naprawdę prosty, nie trzeba piec dwóch placków, trzeba ciut cierpliwości i tyle.

Ciasto jasne:

6 białek

3/4 szkl.cukru

1 cukier waniliowy

1 szkl.mąki ziemniaczanej

1/3 szkl.oleju

1 łyżka octu

Ciasto ciemne:

6 żółtek

1 jajko całe

6 łyzek cukru

4 łyżki mąki 

1 łyżeczka proszku do pieczenia

2 kopiate łyżki kakao

1/3 szkl.oleju

Krem:

3 szkl.mleka

2 budynie waniliowe + kawałek wanilii

3/4 szkl.cukru

1 kostka masła 

2 żółtka

Dodatkowo:

paczka biszkoptów

3 galaretki (zielona,czerwona,żółta)

Polewa czekoladowa, posiekane orzechy

mocna kawa z ekspresu do nasączania biszkoptów i ciemnego ciasta

 

Ciasto ciemne:

Oddzielamy żółtka od białek, do żółtek dodajemy cukier i miksujemy do uzyskania jasnej puszystej masy, potem dodajemy przesiane sypkie produkty, mieszamy na wolnych obrotach, potem dodajemy olej i jeszcze raz chwilkę miksujemy. Ciasto na chwilę zostawiamy w misce, w której go przygotowaliśmy. I zabieramy się za ciasto jasne.

Ciasto jasne:

Białka ubijamy na sztywną pianę,dodajemy cukier,cukier waniliowy,mąkę,olej i ocet.Delikatnie mieszamy.

Piekarnik nagrzewamy do 180 st. C. Formę do pieczenia - standardową wykładamy papierem do pieczenia a potem wykładamy część ciasta ciemnego, część jasnego - robiąc takie plamy. Potem widelcem mieszamy wszystko ze sobą. Pieczemy ok. 30 minut. Wystudzone kroimy na 2 części.

Krem:

Żółtka ucieramy z cukrem. W 1 szklance mleka mieszamy budyń, potem dodajemy go do masy żółtkowej. Pozostałe mleko zagotowujemy. I przygotowujemy klasyczny budyń wlewając masę zółtkowo-budyniową na gotujące mleko.Ugotowany budyń przykrywamy folią spożywczą, żeby nie zrobił się kożuch.Po ostudzeniu budyń dodajemy po łyżce do utartego masła (ważne, żeby i budyń i masło miały tę samą temperaturę.

Każdą galaretkę rozpuszczamy w 1 szkl.wody, kiedy zaczynają tężeć już zupełnie zaczynamy składanie ciasta. Blat z większą ilością ciasta ciemnego nasączamy mocnym wywarem z kawy, dajemy na niego 1/3 masy budyniowej, na nią układamy nasączone przez chwilkę w kawie biszkopty, później pomiędzy nie wkładamy zastygającą galaretkę. Wkładamy tak przygotowane ciasto na 10 minut do lodówki, żeby zastygła galaretka. Wyciągamy i na galaretki kładziemy kolejną 1/3 masy budyniowej. Przykrywamy drugim blatem, który smarujemy pozostałą masą. Wyrównujemy i polewamy ulubioną polewą czekoladową. Wierzch dekorujemy orzechami włoskimi. Najlepiej schłodzić go kilka godzin by wszystko ładnie się połączyło. Smakuje naprawdę bardzo dobrze.

 

 

19:51, babaluca1 , ciasta
Link Komentarze (3) »
sobota, 18 października 2014

Wczoraj wieczorem przeglądałam moje ulubione blogi i kiedy na Fabryce Kulinarnych Inspiracji zobaczyłam ten chleb doznałam nagłego uczucia ssania w żołądku i poczucia, że tego chleba muszę koniecznie spróbować. Na szczęście, że było dopiero po 22 więc szybciutko zaczyniłam podmłodę a rano przyszła kolej na ciasto.Niestety nie mam koszyków rozrostowych i do rośnięcia chleba użyłam dużej miski bambusowej na owoce. Ponieważ ciasto zrobiłam z podwójnej porcji a misa jest naprawdę słusznych rozmiarów byłam przekonana, iż spokojnie chleb wyrośnie. Niestety już po pierwszych 40 minutach chlebek zaczął intensywnie pracować nad swoją masą że miska okazała się miejscem cokolwiek przyciasnym, przykrótkim i w ogóle nie było to miejsce na miarę naszych potrzeb - jak powiedziałby pewien "klasyk". Ciasto zostało więc w trybie natychmiastowym przeniesione na blachę z piekarnika, którą opanowało równie szybko jak misę. Na domiar złego piekarnik jakoś wyjątkowo długo osiągał szczyt swoich możliwości i ciasto rosło i rosło i rosło. Procederu tego nie zaprzestało bynajmniej w piekarniku, gdzie wystrzeliło efektownie w górę. Chleb wzbudzał zachwyt już w piekarniku u wszystkich,którzy zajrzeli do kuchni. Pyzy o chwila wpadały z pytaniem czy już go wyciągam bo on na pewno już jest dobry, bo gdyby nie był dobry nie pachniałby tak wspaniale. Ledwo wyciągnięty z piekarnika został otoczony przez dzieci, które nagle stwierdziły że są takie głodne, takie głodne, że tylko ten chleb może je nakarmić. Pokroiliśmy go jeszcze ciepłego chcąc uniknąć większych rozruchów w naszym domu :)

Pyziątko pozowało do zdjęcia z trudem trzymając cały bochen w łapkach. A mnie durnej łzy wzruszenia się od tego widoku malucha trzymającego mój chleb się zakręciły.

Przepis z cudownego blogu http://fabrykakulinarnychinspiracji.blogspot.com/. Dzięki wielkie Łucja za jego opublikowanie.

DSC04732

Podmłoda

250 g mąki żytniej chlebowej

250 g letniej wody

12 g świeżych drożdży

W ciepłej wodzie rozrabiamy drożdże, dodajemy mąkę, mieszamy i przykrywamy folią spożywczą. Odkładamy w ciepłe miejsce na 6-8 godzin - u mnie trwało to 10 godzin a ciasto rosło pod kaloryferem.

Ciasto właściwe:

cała podmłoda

250 g mąki pszennej typ 550

8 g soli

30 g mleka w proszku

15 g smalcu roztopionego

mąka ziemniaczana do wysypania koszyka

 

Przesiewamy mąkę do miski, dodajemy całą podmłodę, sól rozpuszczoną w wodzie, mleko w proszku i wyrabiamy. Mnie uzyskanie ciasta odchodzącego od ręki zajęło 15 minut. Potem dodajemy smalec i całość wyrabiamy jakieś 5 minut. Miskę przykrywamy i dajemy ciastu odpocząć jakieś pół godziny - mnie ten czas na odpoczynek przydał się równie bardzo jak ciastu. Następnie ciasto formujemy w okrągły bochenek i przekładamy do koszyka rozrostowego obficie posypanego mąką ziemniaczaną. Ciasto powinno rosnąć ok. 1,5 godziny. Na pół godziny przed czasem wkładamy do piekarnika naczynie żaroodporne napełnione wodą i rozgrzewamy go do 250 st C.

 Przekładamy delikatnie ciasto chlebowe na blachę i wkładamy je do piekarnika. Zmniejszamy temperaturę do 220 st. C,  pieczemy kolejne 5 minut, a potem wyjmujemy naczynie z wodą, zmniejszamy temperaturę do 200  st. C i pieczemy jakiejś 30-35 minut. Ponieważ mój bochen był naprawdę potężny piekłam go dla pewności 40 minut. Wyjmujemy i odparowujemy na kratce. Najlepiej jeść jak już całkiem wystygnie, nam się to nie udało. Chleb ma cudownie chrupiącą skórkę i miękki delikatny miąższ - bardzo nam posmakował. Młody stwierdził, że będziemy go jeść do połowy tygodnia. O godzinie 21 została go tylko 1/3 - trudno będzie nią obskoczyć do środy :)

Polecam bardzo, bardzo serdecznie

 

22:15, babaluca1 , pieczywo
Link Komentarze (4) »
piątek, 17 października 2014

Jesień przychodzi zawsze jakoś tak nieoczekiwanie, zawsze jakoś za wcześnie, za szybko ale w tym roku jest wyjątkowo urokliwa. Połowa października jest jeszcze strojna w kolory, w złote liście, w nitki babiego lata, którymi podróżują pajęcze dzieci. W takich okolicznościach przyrody świetnie smakuje bardzo szybkie w przygotowaniu ciasto marchewkowe w kolorach jesieni. W moim jest sporo orzechów, żurawiny. Całość fajnie spina smak piernika. Ciasto jest puszyste, ale lekko wilgotne. Polecam serdecznie

DSC04722

4 jajka

1 szkl. cukru białego

1/3 szk. cukru     brązowego

2 szkl. mąki

175 g roztopionego masła

2 ubite szklanki marchewki startej na tarce o małych oczkach

½ szkl. orzechów włoskich grubo posiekanych

1/3 szkl. żurawiny suszonej

2 łyżeczki przyprawy do piernika lub cynamonu

2 łyżeczki proszku do pieczenia

1 łyżeczka sody – płaska

szczypta soli

 

Jajka ubić na puszystą masę z cukrem – ok. 10 minut, potem zmniejszyć obroty miksera i dodać marchewkę, potem wszystkie sypkie produkty, roztopione i wychłodzone masło, a na końcu orzechy i żurawinę. Wszystko dobrze wymieszać, przelać do foremki wyłożonej papierem i piec w 190 st. C ok. 50 minut. Można polać polewą czekoladową lub posypać cukrem pudrem

21:30, babaluca1 , ciasta
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 października 2014

Są miejsca na świecie, do których niestety nigdy nie dotrę, nie zobaczę ale uwielbiam "patrzeć " na to czego sama nie widziałam oczami innych. W czasach kiedy ani radia, ani telewizji ani nawet internetu nie było to właśnie z opowieści innych ludzie poznawali świat. Każdy gość był przyjmowany w domu z honorami bo dla wioski leżącej gdzieś "za górami" był to jedyny sposób aby poznać co tam słychać w świecie. A świat jest taki niesamowity i myślę, że zarówno kiedyś jak i dziś fascynuje różnorodnością. Zanika dziś słuchanie innych, wolimy sami zobaczyć, przeczytać, pojechać niż wysłuchiwać opowieści innych, zanika też sztuka snucia opowieści, dziś większość woli przekazywać informację. A ja uwielbiam te chwile, kiedy ktoś opowiada mi swoją historię z obcym miejscem w tle. Mój Młody był w tym roku 9 dni na Bałkanach i okolicach, i chociaż nigdy nie byłam w Albanii już czuję się zakochana w tym kraju. W ubiegły wekend mieliśmy ogromną przyjemność uczestniczyć w weselu naszej kuzynki Małgosi. I mimo, że impreza była w okolicach Ojcowa dzięki opowieściom dwójki naszych cudownych krewnych mogłam zobaczyć i Algierię, i RPA i Cypr, a wreszcie kra,j który bardzo chciałabym odwiedzić - Gruzję. Fascynują mnie ichniejsze zwyczaje, tradycję wznoszenia toastów, kuchnia pełna zupełnie innych smaków, przypraw, symbioza Europy i Kaukazu. W dodatku wizję smakołyków gruzińskich snute przez Madzię pobudziły moją wyobraźnię do granic możliwości. Natomiast kiedy zobaczyłam w oczach pewnego ciemnookiego, przystojnego dwunastolatka tęsknotę za plackiem z ciasta chlebowego, nadzianym serem i jajkiem wiedziałam, że to będzie pierwsza potrawa jaką ugotuję w tym tygodniu. Dziś dzięki inspiracji rodzinki F..... zapraszam na gruzińskie chaczapuri. Potrawę bardzo prostą, pożywną a jednocześnie niezmiernie pyszną. To co ja przygotowałam jest zapewne cieniem tego co oni jadali w Gruzji więc mogę się tylko domyślać jakie to jest pyszne w oryginale. Sekretem udanego chaczapuri jest ser - powinien być podpuszczkowy ale tzw. młody, u nas myślę, że świetny byłby to tego bundz ale niestety nie miałam do niego dostępu. Wykorzystałam więc mieszankę mozarelli, fety i goudy. Natomiast kiedy tylko dostanę gdzieś bundz albo sama odważę się na zrobienie własnego sera to chaczapuri zrobię po raz kolejny ponieważ bardzo nam nawet ta wersja zamiennikowa smakowała nam bardzo. Oryginale chaczapuri adżarskie ma wbite na wierzch jajko, natomiast u mnie w domu nie przepadają za jajkiem w takiej formie więc tylko moja porcja została okraszona jajecznym akcentem - a reszta niech żałuje bo to jest naprawdę pyszne połączenie smaków. Zresztą Pyza podkradała mi z talerza najpierw mniejsze a potem coraz większe kawałki :)

Ze szczególną dedykacją dla rodzinki F z Chrzanowa

DSC04711

500 g mąki pszennej - u mnie chlebowa 720

1 szklanka płynu - u mnie pół na pół woda z serwatką

1 łyżeczka suchych drożdży

1 łyżeczka soli

1 łyżeczka cukru

1 jajko

1 łyżka oliwy

Wszystkie składniki ciasta mieszamy, wyrabiamy ok. 5-7 minut do uzyskania gładkiej sprężystej kuli. Gdyby mąka była bardzo sucha trzeba będzie dodać jeszcze trochę ciepłej wody - dodawać małymi porcjami. Wyrobione ciasto przekładamy do miski, przykrywamy lnianą serwetką i odkładamy na godzinę w ciepłe miejsce.

Nadzienie:

350 g mozarelli

100 g fety

50 g goudy

2 jajka

ew. sól

 

jajka do wbicia na wierzch + plasterek masła na każdy placek

Wszystkie sery ścieramy na tarce o grubych oczkach, dodajemy jajka, mieszamy. Nagrzewamy piekarnik do maksymalnej temperatury u mnie 250 st. C.

Wyrośnięte ciasto przekładamy na stolnicę, chwilkę wyrabiamy, dzielimy na 5-6 porcji.

Każdą z nich wałkujemy w owal, następnie dłuższe boki zaginamy do środka - robiąc jakby bok burty łódki, a końce zlepiamy ze sobą. Powinna powstać nam łódeczka, którą nadziewamy masą serową, Przekładamy je na wysmarowaną masłem lub wyłożoną papierem do pieczenia formę. Pieczemy ok. 15-20 minut. Następnie wyciągamy, widelcem mieszamy masę serową tak, by zrobić odrobinę miejsca dla jajka, które wbijamy na wierzch i blachę z chaczapuri wkładamy do piekarnika jeszcze na 5 minut - białko powinno być ścięte a żółtko lekko lejące.

Na gorących kładziemy plasterek masła i podajemy. Naprawdę pyszne.

 inspiracją był przepis z tej strony: http://maxoness.blogspot.com/2012/09/blog-post_6444.html, tam pięknie pokazano na zdjęciach proces formowania łódeczki.

 

moje wyszły takie toporne ale mam nadzieję, że ćwiczenie czyni mistrza i za jakiś czas pochwalę się Wam pięknymi, zgrabnymi gondolkami

ponieważ po gruzińsku chaczapuri to chleb z serem więc to takie małe uczczenie dzisiejszego Światowego Dnia Chleba

World Bread Day 2014 (submit your loaf on October 16, 2014)

piątek, 10 października 2014

Bardzo proste kolorowe danie, za którym wszyscy w domu przepadamy. Ryż w kleistym sosie z warzywkami i boczkiem. Na jesienny obiad danie idealne.

DSC04580

Ryż arborio - 150 g - można wziąć inny ale to już nie będzie niestety tak smakowało jak powinno

2 małe cukinie

1 papryka czerwona

2 żółte lub czerwone pomidory

1 puszka kukurydzy - mała albo pół dużej

100 g wędzonego chudego boczku

ok. 3 szklanek rosołu

3 łyżki oliwy

sól, pieprz, zioła prowansalskie

 

Cukinię kroimy w plasterki, paprykę w kostkę, pomidory sparzamy wrzątkiem, zdejmujemy skórkę i kroimy w kostkę. Na głębszą patelnię wlewamy oliwę a potem dodajemy warzywa. Przesmażamy ok.5 minut, następnie dodajemy ryż i mieszając przesmażamy aż będzie szklisty. Ostrożnie wlewamy szklankę rosołu, mieszamy i na malutkim gazie, pod przykryciem czekamy, aż ryż wchłonie płyn. Potem dodajemy kolejną szklankę rosołu i często mieszając uważamy, by danie się nie przypaliło. Na drugiej patelni przysmażamy na rumiano pokrojony w paseczki boczek. Kiedy ryż wchłonie już drugą szklankę rosołu dodajemy do niego zawartość patelni z boczkiem, mieszamy i dodajemy trzecią szklankę - całość dodawania płynów i gotowania ryżu trwa ok 30-40 minut. Tuż przed końcem gotowania dodajemy kukurydzę, przyprawy. Całość powinna być jedwabista, aksamitna.

Polecam serdecznie.

 

poniedziałek, 06 października 2014

Przeżyłam dziś rano szok, kiedy koleżanka z pracy powiedziała, że Ania Przybylska zmarła po ciężkiej chorobie. Bardzo ją lubiłam oglądać, taka była radosna, zawsze uśmiechnięta. Koleżanka dodała i zostało troje dzieci sierotami, są w takim wieku prawie jak Twoje. Taka stwierdzenie daje do myślenia.Moje Pyzy akurat zakatarzone, zakaszlane, bidulki snują się po domu na pół gwizdka. Ciągle włażą na kolana bo u mamy najlepiej. Szczerze współczuje rodzinie Ani, szczególnie jej dzieciom, oby znalazł się przy nich zawsze ktoś, komu będą mogły wdrapać się na kolana. Aniu spoczywaj w pokoju (*)

Jesienny obiad w jesiennych kolorach. Dzieciom i Młodemu smakował bardzo

0,5 kg schabu lub polędwiczki wieprzowej

2 duże cebule

2 marchewki

1 pietruszka

pół papryki

1 ząbek czosnku

listek laurowy

3 łyżki oleju

1 łyżka mąki do posypania mięsa+ 1 łyżka mąki do sosu

woda

korzeń lubczyku, sól, pieprz

 

Mięso myjemy, osuszamy,kroimy na plastry. Rozbijamy delikatnie, polędwiczki wystarczy dłonią. Cebulę kroimy na kosteczkę, tak samo robimy z pietruszką, marchewką i papryką. Ja zakupiłam sobie ustrojstwo do robienia sprężynek z warzyw i część z nich została zespiralkowana. Oprószamy mąką i przesmażamy na oleju rozgrzanym z masłem do zrumienienia. Mięso przekładamy chwilowo na talerz. Na tłuszczu podsmażamy cebulkę - do zeszkliwienia, potem dodajemy pozostałe warzywa i przesmażamy ok.5minut mieszając zawartość patelni. Na warzywach układamy mięso, dodajemy wodę - by zakryła całość, listek laurowy, przeciśnięty przez praskę czosnek i pozostałe przyprawy. Przykrywamy i dusimy ok. 40 minut. Mięso na chwilę wyciągamy  z sosu. Do 1/3szkl.wody dodajemy mąkę, mieszamy i wlewamy do patelni. Mieszając gotujemy chwilkę, by sos stracił smak m. Ponownie wkładamy mięso do sosu i gotowe.Można taki schab zjeść z kaszą, ziemniakami. U nas z makaronem. Polecam serdecznie.

O autorze
Tagi
Durszlak.pl Liczniki na stonę Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów stat4u